Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni, nawet poszło szybko

11.08.2018

Stepancminda pożegnała nas deszczem, który także towarzyszył nam przez połowę pobytu. Po śniadaniu w naszym pensjonacie „Czemodann”, który okazał się dobrym wyborem, ruszyliśmy ze wszystkimi bagażami do marszrutki. Stały dwie, chcieliśmy wsiąść do tej, w której było więcej ludzi, ale okazało się, że ta druga odjeżdża jako pierwsza. Początkowo nie chcieliśmy w to uwierzyć, wywołując zdenerwowanie kierowcy. W końcu spytaliśmy pani w kiosku i kiedy ta potwierdziła, że mniej zatłoczona marszrutka odjeżdża jako pierwsza, wsiedliśmy do niej i to w ostatniej chwili, bo podczas naszych rozważań zdążyła się już zapełnić. Ze Stepancmindy do Tbilisi marszrutki teoretycznie odjeżdżają co godzinę od 7 rano, ale my ruszyliśmy wcześniej (była 8:50), trzeba więc traktować rozkład jazdy czysto umownie.

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni

Zdjęcie zrobiono zaraz po przyjeździe, wtedy nie padało. Postój aut wszelakich w Stepancmindzie.

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni – podróż do Tbilisi

Stwierdziliśmy, że marszrutki są najszybszym sposobem podróżowania po Gruzji. Kierowcy wykonują takie manewry, że trzeba albo mieć mocne nerwy, albo nie patrzyć na drogę. Mijaliśmy znów ciężarówki oczekujące w kolejce do przejścia granicznego z Rosją. Były zgromadzone w trzech miejscach. Wiele dni będą czekać ci ostatni, stojący kilkadziesiąt kilometrów przed granicą.

Podczas podróży padał deszcz, co nie przeszkadzało kierowcy jechać 100 kilometrów na godzinę przy ograniczeniu do czterdziestu. Raz zatrzymaliśmy się, aby skorzystać z toalety i po jakiś dwóch i pół godziny zameldowaliśmy się na dworcu Didube.

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni

Jedna z marszrutek na dworcu Didube. Zdjęcie z poprzedniej podróży

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni – zmiana dworca

Teraz musieliśmy przejechać przez całe miasto, bo marszrutki do Kachetii wyruszają z dworca Samgori. Na szczęście wystarczyło wsiąść do metra i przejechać przez prawie całą długość pierwszej linii. W Tbilisi też padał deszcz i wcale nie było specjalnie ciepło. Na dworcu musieliśmy znaleźć odpowiednią marszrutkę. Okazało się, że stoi ona z drugiej strony dworca i jedzie docelowo do Telawi.

Kierowca załadował bananami cały bagażnik, musieliśmy więc trzymać nasze duże plecaki na ostatnich siedzeniach. My też tam spoczęliśmy. Ja na samym środku. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jeśli byłby jakiś wypadek, wystrzeliłabym jak z katapulty przez przednią szybę. Na szczęście obyło się bez tych dodatkowych atrakcji, chociaż kierowca zdawał się robić wszystko, abym sprawdziła, jak się lata. Wyprzedzanie na zakrętach i pod górę było na porządku dziennym. Pewnie kierowca myślał, że skoro samochodu nie widać, to go nie ma. Jak się pomylił, to się wciskał między samochody, które wyprzedzał, zmuszając wszystkich do ustąpienia mu miejsca.

W samochodzie cały czas było otwarte okno, bo inaczej szyby parowały. Dobrze, że miałam bluzę z kapturem i gruby szal.

Bardzo szybko dotarliśmy do miejscowości Gurjaani. Podróż kosztowała 6 lari od osoby.

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni

Gurjaani, w centrum, tu stała nasza taksówka z jednorękim kierowcą

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni – taksówką do winnicy

A teraz przesiedliśmy się do taksówki i za 10 lari przyjechaliśmy na miejsce. Kierowca prowadził samochód jedną ręką, aby zmienić biegi, puszczał kierownicę. Działo się tak ponieważ był inwalidą posiadającym tylko jedną rękę. Ale taki drobiazg nie robił już na nas żadnego wrażenia.

Ze Stepancmindy do winnicy Akhasheni

Nasz hotel w winnicy

Teraz jesteśmy w czterogwiazdkowym hotelu z basenem pośrodku winnicy. Zaplanowaliśmy sobie tu kilka dni pławienia się w luksusie, czytania książek i odpoczywania, bo w końcu to nasze wakacje. Też.

 



Booking.com

 

Related Post

Hello Awin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *