Zimowy Kraków
Blog,  Kraków,  Polska

Kraków w zimowy dzień

Weekend spędziliśmy w Krakowie. Odwiedzaliśmy tam rodzinę i przyjaciół oraz odbyliśmy sentymentalny spacer po miejscach związanych z naszą odległą młodością.

Postanowiliśmy przejść się ulicą Floriańską, a potem powłóczyć po Rynku. Zajrzeliśmy do Jamy Michalika. Przeżyliśmy tam wielkie rozczarowania. Aż szkoda. Co prawda już w latach 80-tych XX wieku Jama swoje najlepsze dni miała za sobą, po „Zielonym Baloniku” pozostały wspomnienia, a kukiełki można było oglądać wyłącznie w gablocie, ale jednak czasem się tu wpadało ze względu na klimat. Dziś wnętrze pozostało co prawda takie samo, ale jest tu pusto i zimno i w dodatku śmierdzi chyba starym dymem papierosowym.

Zamówiliśmy kawę i piszingera. Kawa to prawdziwa lura, a piszinger nie nadawał się do jedzenia. Wafle zostały posmarowane jakąś starą masą z tortu.

Po krótkiej chwili wygoniło nas zimno. Poszliśmy dalej Floriańską do Rynku.

Zrobiło się południe, posłuchaliśmy hejnału. Obejrzeliśmy mały romański kościółek św. Wojciecha. Jest tak stary jak krakowski Rynek, a właściwie jeszcze starszy.

Historia tego największego prawdopodobnie europejskiego Rynku sięga 1257 roku kiedy to dokonano lokacji miasta. Ludzie w owych czasach byli jednak praktyczni. Skoro kościół już stał, a tak było, nie przestawiano go i pozwolono mu zostać niesymetrycznym w stosunku do regularnie wytyczanych  pierzei rynku i szachownicy odchodzących dalej ulic.  Marcin przypomniał sobie, że był kiedyś przewodnikiem oprowadzającym wycieczki po Krakowie i pokazał mi, że kamienice, które wchodzą z Rynku w ulicę Grodzką też łamią regularny układ zabudowy.

Tu także, jak w przypadku kościoła zwyciężył zdrowy rozsądek. No może szkoda, iż tego rozsądku brakuje przy współczesnej zabudowie, ale to temat na osobną opowieść.

W Rynku jest  druga historyczna knajpa, którą chcieliśmy odwiedzić, czyli słynny „Wierzynek”, ale po porażce w „Jamie Michalika”, nie mieliśmy odwagi wejść do środka. Może następnym razem.

Weszliśmy za to do Sukiennic.

Marcin stwierdził, że tu znajdowały się kramy, ale z tzw. czystymi towarami. Mięsem i rybami handlowano na Małym Rynku. Dziś w Sukiennicach można kupić głównie pamiątki z Krakowa i okolic. Są  kożuchy, kapcie, korale, srebro, bursztyny i wyszywane obrusy, stroje krakowskie i lalki.

W Sukiennicach odwiedziliśmy najstarsze muzeum w Polsce, czyli oddział Muzeum Narodowego w Krakowie. Jest to ulubione muzeum Marcina. Na drugim piętrze znajdują się właściwie tylko cztery sale z obrazami i nielicznymi rzeźbami. Są tu obrazy Matejki m.in. „Hołd pruski” i „Kościuszko pod Racławicami”. Jest „Szał” Podkowińskiego, obrazy Wyczółkowskiego i Pankiewicza. Muzeum przeżyło niedawno metamorfozę i hucznie otworzyło dla zwiedzających swoje stare – nowe podwoje. Faktycznie jednak zbyt wiele się nie zmieniło. W zamyśle chodziło o uporządkowanie ekspozycji, ale może ta starsza wersja była lepsza ? Muzeum nie jest duże, ale naprawdę warto tu wstąpić. Na pierwszym piętrze znajduje się kawiarnia „Szał”. Można tu wypić kawę, zjeść ciastko lub inną przekąskę. Latem czynny jest taras, z chyba najlepszym widokiem w Krakowie.

Następnym punktem naszej wycieczki był Kościół Mariacki, z jednym  z największych zabytków w Polsce, czyli z ołtarzem Wita Stwosza.

Ołtarz powstawał 12 lat, a Kraków zapłacił za niego cały swój roczny budżet. Aby obejrzeć go z bliska trzeba kupić bilety wstępu. Ołtarz robi niesamowite wrażenie. Postacie zostały wyrzeźbione z 500-letniego drewna lipowego z Puszczy Niepołomickiej, czyli dziś to drewno ma około 1000 lat.Poszczególne figury rzeźbione były z jednego pnia, co świadczy o kunszcie niezwykłego artysty jakim był Wit Stwosz. Ich faktyczny rozmiar przekracza 2 metry. Dzięki temu nawet z pewnego oddalenia odwiedzający kościół mogą podziwiać ich piękno. O ołtarzu można długo opowiadać, ale tak naprawdę trzeba go zobaczyć – to punkt obowiązkowy wizyty w Krakowie.  Na całe szczęście Karol Estreicher odnalazł ołtarz po II  wojnie światowej w Norymberdze, dokąd wywieźli go Niemcy.

Obejrzeliśmy stalle i zabytkowy krzyż. Marcin pokazał mi freski Matejki.

Po wyjściu z kościoła zobaczyliśmy miejsce, w którym był dawny cmentarz. Sentymentalnie podeszliśmy do Adasia, czyli do Pomnika Adama Mickiewicza.

Dowiedziałam się też od Marcina, że wieża Ratusza jest krzywa.

Ulicą Grodzką ruszyliśmy na Poselską do restauracji korsykańskiej „Paese”, gdzie byliśmy umówieni na obiad. To jeden z pierwszych przybytków gastronomicznych nowej Polski w Krakowie. Wiele z nich przykrył już kurz niepamięci, a tam ciągle tłoczno i gwarno, chyba też modnie. My zjedliśmy ryby: Marcin sandacza, a ja okonia morskiego. Całkiem przyzwoite i pozwoliło zapomnieć o smutnej wizycie w Jamie Michalika.

Booking.com

Dodane przez Małgosia dnia 2013-01-21

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *